[sekundę...] 
feed

Nowa rakieta

[15.04.12/15:05]
W tenisa gram od jakiś 8 lat. Zamiłowaniem do tego sportu zaraziłam się od mojego brata.
Pierwszy raz trzymałam rakietę w ręku, gdy miałam 10 lat. Wtedy brat po raz pierwszy zabrał mnie na kort tenisowy. Strasznie wtedy się denerwowałam, bo nie radziłam sobie. W piłke trafiałam chyba, co dziesiąte uderzenie. Jak patrzyłam na mojego brata, który wymiatał rakietą prawie jak Agasii. Zazdrościłam mu i wtedy tez powiedziałam sobie, że nie poddam się dopóki nie zacznę grać tak jak mój braciszek. Ktoś inny może by się poddał, ale ja od małego byłam bardzo zawzięta i nie poddawałam się tak łatwo.
Za każdym razem, kiedy brat wybierał się na kort, doczepiałam się do niego.
Jednak nie zawsze godził się na to, abym z nim poszła. Wtedy brałam swoją rakietę i szłam na ogród. Tam potrafiłam trzy godziny odbijać piłeczkę od ściany garażu, dopóki mnie ręką nie rozbolała. Po prostu się wkręciłam i taka forma spędzania wolnego czasu jak najbardziej mi odpowiadała. Nie miałam potrzeby wiecznego biegania po dworze razem z moimi rówieśnikami. Po jakimś czasie zaraziłam nawet swoja pasja moja najlepszą przyjaciółkę. Cieszyłam się z tego powodu, tym bardziej, że mogłyśmy razem chodzić na kort i ćwiczyć.
Po kilku latach stwierdziłyśmy z przyjaciółka, że pora zainwestować w nowe, bardziej profesjonalne rakiety. Stare już nam się trochę zużyły, po tylu latach treningu miały prawo.
Wtedy akurat nadarzyła się super okazja. Mogłyśmy kupić rakiety w samej Anglii.
Zakup rakiet miała być przy okazji naszego wyjazdu do siostry przyjaciółki na krótkie wakacje. Wiedziałyśmy, że za przystępną cenę kupimy tam firmowe rakiety.
Spakowałyśmy walizki i wyruszyłyśmy na prom do Anglii. Miałyśmy idealne połączenie promowe, czekałyśmy tylko pół godziny w porcie. Taka mała wycieczka morska to fajna sprawa, a bilety promowe nie zabiły nas swoja ceną. Na pokładzie promu nie można się nudzić, przynajmniej czas podróży szybko nam minął.
Musze przyznać, że teraz, gdy mam już nowa rakietę, czuję, że wskoczyłam na wyższy poziom…


komentarze [0]

Siostrzane wakacje...

[23.01.12/21:02]
Oj jaka moja siostra była niezadowolona, gdy rodzice oświadczyli jej, że wykupili nam wspólne wakacje w Dunkierce. Wściekła się potwornie, tym bardziej, że planowała wyjazd ze swoja najlepszą przyjaciółką, za którą z kolei ja nie przepadałam. Ona za mną z resztą chyba też. Jednak moja siostrzyczka nie miała wyjścia, musiała mnie zabrać ze sobą, bo w innym przypadku z wakacyjnego wyjazdu nici. Dla mnie to w sumie było wszystko jedno, generalnie to cieszyłam się na sam wyjazd, słonko i morze. Rodzice zarezerwowali nam bilety promowe na połowę lipca, ja nie mogłam się doczekać , amoja siostra zaciskała zęby ze złości.
Jej przyjaciółeczka jak przychodziła do nas w odwiedziny tez jakoś krzywo na mnie patrzyła. Kiedy nadszedł dzień wyjazdu, pierwsza byłam z walizką przy samochodzie. Moje towarzyszki podróży całą drogę przemilczały. Pewnie gdyby tylko była taka możliwość wsiadłybyśmy na dwa oddzielne promy. Starałam się do nich jakoś przymilić.
Obiecałam, że nie będę im utrudniać życia podczas pobytu. Tak też było, a to dlatego, że poznałam kogoś na tych wspaniałych wakacjach. Kogoś kto uwolnił moja siostrę od mojej osoby. A był to pewien tamtejszy przystojniak. Poznałam go w drugi dzień pobytu.
Poszłam wtedy sama na plaże i ulokowałam mój ręcznik blisko niego, oczywiście nie specjalnie.
Po prostu tam było fajne miejsce. Po jakimś czasie zapytał mnie czy mogę pożyczyć mu troszkę kremu do twarzy, bo już go troszkę piecze. Nie śmiałam odmówić takiemu przystojniakowi. Na drugi dzień ku mojemu zdziwieniu chciał mi oddać krem, całą tubkę.
Roześmiałam się i powiedziałam, że nie trzeba. Stwierdził, że musi mi się w jakiś sposób odwdzięczyć, więc zaprasza mnie na kolację. Nieśmiało się zgodziłam, dlatego, że bardzo mi się spodobał. Spotykałam się z nim przez cały okres pobytu.
Wiedziałam, że to będzie wakacyjna krótka miłosna przygoda, ale warto było…

komentarze [0]

Archiwum

Siostrzane wakacje... [23.01.12/21:02] komentarze [0]